In my camera

Zacznę od tego, że spełnione marzenie przestaje być marzeniem. Tak mówią. Sam niejednokrotnie tego doświadczyłem. To się chyba fachowo nazywa "smutek spełnionej baśni", bo marzenie znika - zostaje pustka. I trzeba znaleźć sobie inne marzenie.

Stał się cud. Peter Hammill przyjechał do Polski i zagrał. Marzenie się spełniło. Nawet więcej - spełniły się dwa marzenia: nie tylko przeżyłem koncert Mistrza, ale poznałem go osobiście. Spędziłem z nim prawie dwa dni. Gdy wciąż dźwięczały we mnie echa bydgoskiego koncertu, a ja wracałem już do Warszawy - do szarej rzeczywistości - bojąc się zapytać sam siebie, czy jutro będę jeszcze chciał się zbudzić, zrozumiałem, że marzenie nie zniknęło. Zmieniło się w inne, podobne, jeszcze bardziej ważne: spotkać go znów. Usłyszeć i zobaczyć go znów. Gdziekolwiek!

Moja przygoda z Hammillem zaczęła się jeszcze w 1977 roku, kiedy usłyszałem album Van Der Graaf Generator Still Life. Jak się później okazało, grupa miała niebawem przestać istnieć, sam zaś Hammill miał już na swoim koncie kilka płyt solowych. Zaryzykowałem, kupując jednocześnie dwie: najświeższą, właśnie wydaną - Over, a także amerykańską składankę Vision. Latem 1978 roku zdobyłem też całą dyskografię Van Der Graafa.

I tak zostałem Wyznawcą.

Nie będę ukrywał, że dla mnie bardzo ważną częścią twórczości Hammilla są jego teksty. Zaczytywałem się w nich maniakalnie. Pod wieloma mógłbym się podpisać. Sporo jego płyt towarzyszyło mi w różnych życiowych momentach, najczęściej w takich, w których już tylko muzykoterapia mogła pomóc... Over, The Love Songs, Silent Corner And The Empty Stage... Potem dowiedziałem się, że dwóch muzyków mojego ulubionego w latach osiemdziesiątych zespołu - Marillion - uważa Hammilla za swojego idola: Mark Kelly i Fish. Kelly powiedział mi wtedy, ze Hammilla albo się kocha, albo nienawidzi. To prawda. Albo odbiera się na tej samej fali, albo nie. Możliwości pośrednich po prostu nie ma.

Peter Hammill wylądował w Warszawie w piątek 13 października 1995 roku mniej więcej o godzinie 14. Czekałem na niego na lotnisku Okęcie wraz z organizatorami koncertu, nauczycielami z bydgoskiej szkoły języka angielskiego International House. Artysta przyleciał sam, towarzyszył mu tylko Paul Ridout - autor okładek do kilku ostatnich dzieł Mistrza, którego zadaniem było nagłośnienie koncertu w Filharmonii Pomorskiej. Prosto z lotniska pojechaliśmy na warszawskie Stare Miasto, gdzie po krótkim spacerze zasiedliśmy "pod parasolami" na Rynku, zamawiając zupki i napoje. Już od pierwszej chwili porozumieliśmy się doskonale, czego najlepszym dowodem był toast wzniesiony wódką, piwem - w moim przypadku coca-colą. Hammill zgodził się na robienie pamiątkowych zdjęć, filmowanie, tak więc od czasu do czasu oglądałem go przez wizjer swojej kamery Video 8. Teraz czasem odtwarzam te pamiątkowe migawki, żeby upewnić się, że nie był to sen.

Nigdy nie potrafiłem przeprowadzać wywiadów, zostawiłem to więc zawodowcom. A sam chciałem się tylko dowiedzieć kilku szczegółów. Zanim jednak zadałem Peterowi kilka intymnych muzycznych pytań, my wszyscy udzieliliśmy mu wyczerpującego wywiadu na temat Polski, zbliżających się wtedy wyborów prezydenckich, panoszącego się Kościoła i tak dalej. Z radością stwierdziłem, że Mistrz podzielał nasz niepokój związany z koniecznością wyboru między pomiędzy czernią za czerwienią. Sam przyznał, że z katolicyzmem zerwał już dawno. Wystarczy posłuchać utworu Mediaevil, żeby zrozumieć niektóre powody. Różnych odcieni czerwieni nie omawialiśmy, ale jestem przekonany, że Hammillowi także kojarzy się ona z czymś więcej niż podszyciem peleryny hrabiego Drakuli.

O 17.30 wyruszyliśmy z Rynku do zaparkowanego nieopodal mikrobusu, który następnie pomknął w kierunku Bydgoszczy. Paul Ridout stwierdził, że dwie (a może trzy?) pięćdziesiątki zdrowej polskiej wódeczki przeważyły szalę jego zmęczenia - usnął kilka minut po wyjeździe z Warszawy i pozostał w tym stanie prawie do Bydgoszczy. Wcześniej wyżalił nam się, że jadąc na solowe trasy z Peterem musi opić za cały zespół...

W Bydgoszczy zjedliśmy wystawną kolację w eleganckim hotelu Pod Orłami, w którym Peter otrzymał apartament Rubinsteina. W przestronnym salonie fortepian, stół niemalże konferencyjny, popiersie Rubinsteina przy oknie... Wszystko w tonacji niczym nie skażonej bieli. Bałem się usiąść, żeby nie zostawić plamy na krześle. Szybko jednak zeszliśmy do restauracji. Tam Artysta spotkał się z grupą bydgoskich fanów, od których otrzymał w prezencie dwie polskie płyty: SBB Live i Niemen Enigmatic. Powiedziałem mu, że są to jedne z najlepszych polskich płyt rockowych wszechczasów. Ucieszył się, a w jego oczach zauważyłem, że docenił znaczenie prezentu.

Potem rozmawialiśmy o jego nad wyraz osobistej płycie, Over. Dowiedziałem się, że nie powstała bezpośrednio po rozstaniu z kobietą, która odegrała ważną rolę w jego życiu - lecz jakiś czas później. Na zasadzie ostatecznego katharsis. I nagrana została spontanicznie, szybko i... bezboleśnie (w co trudno uwierzyć, słuchając This Side Of The Looking Glass). Hammill powiedział mi: Czułem, że po prostu muszę to zrobić, jakoś to podsumować. Dodał jednak, że nawet w najbardziej dołowych utworach zawarł przede wszystkim nadzieję, czego dowodem jest paradoksalnie Betrayed. Skoro ktoś śpiewa "nie wierzę w nic na tym świecie", znaczy, że jeszcze w coś wierzy: wierzy, że ktoś go wysłucha. W tym kryje się optymizm.

Następnego ranka śledziłem Mistrza podczas udzielania wywiadów. Nie tylko dziennikarze, ale także fani najczęściej pytali o jedno: Aerosol Grey Machine - dlaczego tej płyty nie ma na kompakcie? Odpowiedzi na to pytanie szukajcie w wywiadzie udzielonym naszemu pismu, a ja przyznam, że zacząłem namawiać Hammilla do skromnego aktu piractwa - przyznał bowiem, że posiada kopię Aerosola na Dacie. Może by tak sam to wydał, po cichu, skoro głupia amerykańska firma Mercury ma opory.

Próba w Filharmonii Pomorskiej wypadła kameralnie, ale intrygująco. Peter próbował przede wszystkim brzmień fortepianu oraz gitary, a sam wykonywał czasami donośne wokalizy, żeby skupiony za konsoletą Paul mógł odpowiednio ustawić jakość dźwięku. Ta akustyczna godzina z Hammillem-instrumentalistą podziałała jak narkotyk. Cała reszta sobotniego popołudnia 14 października 1995 roku była dla mnie wielkim transem.

Konferencja prasowa. Wizyta w studiu radiowym skąd Piotr Kaczkowski prowadził Trójkową popołudniówkę. Wreszcie godzinne oczekiwanie przed Filharmonią, gdzie zbierał się coraz większy tłum zaaferowanych widzów. Organizatorzy poprosili mnie o zapowiedzenie koncertu... Przygotowywałem się psychicznie do tego zadania przez całe popołudnie, ale kiedy stanąłem na scenie na której za chwilę rozegrać się miał najcudowniejszy spektakl, jaki widziałem w życiu... zapomniałem o wszystkim, co chciałem powiedzieć. Prosiłem tylko w imieniu Petera o ograniczenie używania fleszy i o fotografowanie tylko podczas dwóch wyznaczonych utworów. Z radością muszę przyznać, że publiczność potraktowała tę prośbę z olbrzymią wyrozumiałością. A po koncercie Hammill stwierdził, że dla takiej publiczności jeszcze nie grał. Przede wszystkim pochwalił zgromadzonych w Filharmonii widzów za to, że nie klaskali rozpoznając pierwsze takty poszczególnych utworów. Wcześniej powiedział mi, że koncert jest dla niego formą bardzo intymnego kontaktu z odbiorcą: on daje z siebie wszystko i oczekuje, żeby odbiorca chłonął muzykę całym sobą. Dlatego nie zgodził się na udział telewizji, która zawsze przeszkadza przez godzinę, a potem puści w programie najmniej ważne pięć sekund spektaklu. Powiedział: Koncert trzeba odbierać CAŁY, a nie tylko skrawek widziany przez wizjer aparatu lub kamery.

Nie umiem opisać tego, co Hammill zaprezentował na scenie. Ci, którzy tam byli, wiedzą doskonale, że tego opisać się nie da. Inni niechaj trzymają kciuki - Mistrz obiecał przyjechać ponownie. Wierzę, że słowa dotrzyma jeśli tylko zostanie ponownie zaproszony. Wierzę też, że przeżył w Filharmonii Pomorskiej mniej więcej to samo, co my - tuż po koncercie byłem u niego w garderobie i widziałem wzruszenie na jego twarzy.

Tej samej nocy odbył się jeszcze bankiet, ale niestety nie mogłem w nim uczestniczyć. Wróciłem do Warszawy, żeby prowadzić Trójkę pod księżycem. A także po to, żeby nad ranem skopiować zarejestrowany kamerą materiał na kasetę VHS i wręczyć ją Peterowi w niedzielne popołudnie, gdy będzie wsiadał do samolotu na Okęciu.

Ledwo zdążyłem! Gdy dotarłem na lotnisko, Peter był już "za barierką". Ostatnie podziękowania, ostatni uścisk dłoni. The dream is over? Nie. To dopiero początek. Teraz wiem, o czym dalej marzyć.

Tomasz Beksiński

Tylko Rock 2/1996

Powrót